OPUBLIKOWANO: 2017-05-11 przez 35. FST
w kategorii: News

Chciałoby się wyjść

Chciałoby się wyjść z tego pozornie nudnego dla nas świata, przepełnionego nienawiścią, agresją i obojętnością. Bo tak łatwiej, wygodniej i przyjemniej…

Widzowie oglądający Szantaż Eweliny Marciniak często chcieliby jednego – zasłonić oczy. Boją się spoglądać w stronę sceny, w której – jak w lustrze – odbija się zło i zniszczony świat, po którym pozostała już tylko pustynia. Suchy piach, na którym wszystko trzeba by zacząć budować od nowa. Na którym na nowo trzeba by jakoś wypełniać te puste formy cielesnych ludzi, by tchnąć w nich życie oraz emocje. Trudna sprawa. Nie jesteśmy ani tylko dobrzy, ani tylko źli. Ani nikim, ani niczym.

Trudno jednoznacznie ustalić czas i miejsce akcji. Przestrzeń, w jakiej rozgrywa się Szantaż jest niedookreślona – długi prostokąt wypełniony piaskiem, z globusami i sztucznym tułowiem człowieka do nauki anatomii, odsłonięte kulisy… Jakby odległa kolonia na odległej planecie. Ta z pozoru obca rzeczywistość jest ojczyzną niewyjaśnionej sytuacji – tuż przed rozpoczęciem wojny lub zaraz po jej zakończeniu. I choć z poprzednich wojen pamiętamy, co rodzi nienawiść, agresja czy obojętność, to nadal trudno jest z nimi walczyć. Ta bezsilność staje się jedną z osi spektaklu, pokazującego szeroki wachlarz ludzkich reakcji: od stanów euforii, po stany depresyjne. Odebranie codziennym problemom ich powszedniości i ukazanie ich z nieoczekiwanej perspektywy wyrażone zostaje zarówno w przestrzeni, jak i w grze aktorskiej. To wszystko denerwuje, jest nieprzyjemne i wywołuje lęk. Ale ta obcość działa! Dystans, jaki udaje się uzyskać, skłania widza do postawienia niewygodnych pytań, a nie tylko kąpania się w tak bezpiecznym nastroju współczucia. Współczucia, które często pozwala nam na udawanie, że problem jest cudzy. Tymczasem Szantaż jest o naszych sprawach – tych, do których nie lubimy się przyznawać.

Aktorzy z nieokreślonych postaci próbują wraz z upływem akcji wcielać się w różne role, aby uwidocznić i wyśmiać krzywdzące schematy funkcjonujące w rzeczywistym świecie. Wygląd ich nie kategoryzuje (z wyjątkiem Mateusza Wiśniewskiego) i nie są poprzypisywani do poszczególnych grup społecznych. Trudno mówić o jakimś głębokim przeżywaniu ról. To raczej próby odegrania konkretnych zachowań. Aktorzy poradzili sobie z tym zadaniem w znakomity sposób! I nikt nie chciał tu kraść wieczoru – był zespół, którego gra zasługuje na podziw i brawa.

 

Najlepsza rola spektaklu: Cały zespół!

 

Wiktor Moraczewski