OPUBLIKOWANO: 2017-05-10 przez 35. FST
w kategorii: News

Marysia Dębska: „Nie potrzebuję nagród”

Z Marysią Dębską, laureatką poprzedniej edycji FST rozmawia Joanna Królikowska.

Joanna Królikowska: Za kilka dni rozpocznie się Festiwal Szkół Teatralnych. Zaledwie rok temu sama brałaś w nim udział. Jak wspominasz to wydarzenie?

Maria Dębska: Festiwal, na którym grałam swoje spektakle dyplomowe, był dla mnie zupełnie inny od poprzednich. Chodzenie na festiwale w trakcie trzech pierwszych lat szkoły było dla mnie formą odprężenia i zabawy, natomiast zeszłoroczny był bardzo pracowity. Wcześniej mieliśmy premierę spektaklu Jacka Poniedziałka, Laleczka i bardzo dużo graliśmy. Poza tym przygotowywałam czytanie w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i miałam tam próby. Tak naprawdę wpadłam na festiwal „tylko”, żeby zagrać spektakle. Być może dlatego, że premierę Marii Stuart mieliśmy już październiku i nasze przedstawienie było wielokrotnie grane, to stres był o wiele mniejszy. Dopiero dzień przed spektaklem ciśnienie wzrosło. Przyjechał Grzegorz Wiśniewski i zrobił nam wznowieniową próbę spektaklu. Wtedy myślałam już tylko o tym, co powiedział i jak sprowokował mnie do nowego spojrzenia na to przedstawienie. Czułam się, jakbym biegła w maratonie i myślała o tym, co powiedział trener.

Na co dzień w Teatrze Studyjnym graliście jeden spektakl dziennie. Podczas festiwalu były dwa pod rząd. Jedno z tych przedstawień było jurorowane. Niektórzy mówią, że w to jurorowane wkłada się więcej energii. Rzeczywiście tak jest?

Miesiąc przed festiwalem byliśmy w Brnie na Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych, którego organizatorzy zdecydowali, że pierwszy spektakl będzie jurorowany. Wiedzieliśmy, że będziemy mieli mało czasu na próbę i bardzo się buntowaliśmy. Przed wyjazdem dzwoniłam tam i prosiłam o to, aby to drugi spektakl był jurorowany. Tłumaczyłam, że chcemy się najpierw rozegrać w nowym miejscu. Bezskutecznie. Zagraliśmy więc pierwszy spektakl jurorowany. I nagle weszła w nas ta festiwalowa energia. Potem mieliśmy tylko godzinę przerwy a trzeba było zagrać kolejny raz. Podczas drugiego spektaklu dopadło nas koszmarne zmęczenie. Później pomyśleliśmy, że dobrze by było, aby na festiwalu w Łodzi była taka sama kolejność. Udało się. Choć oczywiście, jakkolwiek by się to nie ułożyło, ten konkursowy jest zawsze bardziej stresujący.

Uważa się, że festiwal jest po to, żeby pokazać swoje umiejętności. Jakie umiejętności pozwoliły Ci zaprezentować Twoje role?

Nie traktowałam dyplomów jako wybiegu dla siebie i swojego ego. Rolę Marii Stuart dostałam z castingu. Nie mogę powiedzieć, że pokazałam coś, co już miałam. Ja raczej coś z Grzegorzem Wiśniewskim wydobyłam z siebie. Tekst był wymagający. Grzegorz Wiśniewski cały czas mi mówił, że widz ma mi współczuć, że mam go złapać za serce. Nie mogę grać jakby nie było widzów, tylko muszę ich przekonać, jakbym brała udział w debacie politycznej. I w każdym momencie, w którym tego nie czuł, punktował: „nie wierzę, nie czuję, nie dotyka mnie to”. Czuję, że przekroczyłam wiele swoich granic fizycznych i psychicznych w tym spektaklu. Z pewnością bardzo pomogła mi też kilkuletnia praca w szkole nad tekstami klasycznymi.

A jak było z rolą Lekarza i Dygnitarza w Laleczce?

To była mała rola. Bardzo się cieszyłam, że mogę zagrać coś zupełnie innego. I bardzo mi zależało, żeby jak najbardziej ubarwić tę rolę. Czułam się jak dziewczynka, a musiałam grać dojrzałą kobietę, skorumpowaną panią sołtys. I poczułam, że moje ciało trochę się nie zgadza z tym, potrzebowałam jakiegoś wsparcia. Więc wymyśliliśmy doczepiany tyłek – ten kostium stał się właśnie takim wsparciem. Tak naprawdę moja rola to monolog, więc pracowałam nad nim sama z Jackiem Poniedziałkiem. Na początku opowiadałam żenujący żart. Jacek kazał mi na każdą próbę przynieść nowy kawał. A ja zupełnie nie potrafię opowiadać żartów. Nie pamiętam żadnego.

Te dwie różne role spodobały się jurorom. Otrzymałaś na festiwalu Grand Prix. To wielkie wyróżnienie, ale chyba też motywacja do dalszej pracy…

Ja nie myślałam przed festiwalem o tej nagrodzie. Nie czekałam na nią. Tym bardziej, że po Marii Stuart podeszła do mnie bardzo wzruszona Agata Duda-Gracz. Ona jest dla mnie ważną osobowością teatralną i jeżeli słyszę od kogoś takiego słowa uznania, to znaczy to dla mnie bardzo dużo i nie potrzebuję już żadnych nagród. Więc nagroda była dla mnie zaskoczeniem i oczywiście zadziałała też motywująco. Potraktowałam ją jako ukoronowanie pracy, którą wykonałam ja i zespół. Podkreśliłam to wtedy ze sceny i cały czas tak twierdzę – to była energia zespołu. Ale uważam, że gdybym się przywiązała do tej nagrody, to na stracie bym przegrała.

Wiele osób uważa, że otwiera ona drzwi do kariery…

Słyszałam od Julka Świeżewskiego, który dostał dwa lata przede mną nagrodę, że istnieje klątwa Grand Prix. (śmiech) Podobno jest ciężej.

Może po prostu reżyserzy więcej wymagają?

Może. Ale też ludzie myślą sobie: „Dostała Grand Prix, to pewnie ma pracę i sobie świetnie radzi.” Wszyscy uważają, że człowiek jest zajęty, a wcale tak bardzo zajęty nie jest. Dla mnie wielką nagrodą była Nagroda Publiczności. Wiadomo, jurorzy mają różne gusta. Ale ta Nagroda Publiczności była dla mnie wielkim wyróżnieniem i to, że dostałam ją z moim kolegą z roku, Krystianem Pestą, z którym graliśmy razem w dwóch dyplomach. A jeśli chodzi o Grand Prix, to ten dyplom stoi na półce. To był dla mnie piękny moment, ale nie podpierałam się tym nigdy.

Teraz grasz w Teatrze Studio w spektaklu Ripley pod ziemią w reżyserii Radosława Rychcika…

Jeszcze przed Festiwalem Szkół Teatralnych umówiłam się na rolę z Radkiem Rychcikiem. Festiwal był więc dla mnie spokojniejszy, bo wiedziałam, że po nim coś jest. Pojawia się u aktorów strach, że po tym festiwalu nie będzie nic. Miałam to szczęście, że wiedziałam, że coś na mnie czeka. Weszłam w próby do Ripleya… praktycznie od razu po festiwalu. Była przerwa wakacyjna i zaraz potem premiera. Natomiast nie zdecydowałam się na etat w żadnym teatrze, w Studio jestem gościnnie. Cały poprzedni rok spędziłam w Teatrze Studyjnym, w tym roku w teatrze gram okazjonalnie. W ostatnich miesiącach pracuję raczej na planie filmowym.

Zagrałaś w filmach Moje córki krowy w reżyserii Kingi Dębskiej oraz Demon w reżyserii Marcina Wrony. Jak się czułaś przed kamerą?

Bardzo długo byłam przekonana, że nie jestem stworzona do teatru. Czułam się pewniej przed kamerą. Film i teatr to dla mnie dwie różne dyscypliny sportu, które trenuję swoim jednym ciałem. Moim marzeniem jest, żeby je łączyć. Ostatnie miesiące spędzam na planie i tęsknię za teatrem. Ale gdy w zeszłym roku siedziałam w teatrze, to marzyłam, żeby wyjechać gdzieś na zdjęcia. Chciałabym bardzo, żeby to się jakoś dopełniało.

Wróćmy jeszcze na chwilę do twojej działalności teatralnej. Niedawno brałaś udział w projekcie Pokój Ginczanki w reżyserii Tomasza Cyza w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie. Projekt ten został nazwany „performance poetycki”. Na czym on polegał?

Początkowo zrobiliśmy słuchowisko o polsko-żydowskiej poetce z lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku, Zuzannie Ginczance. Miała szansę być wielką gwiazdą poezji. Została wydana przez ukrywającą ją Polkę. Zginęła w wieku dwudziestu siedmiu lat. Zainspirowani jej biografią i wierszami stworzyliśmy projekt i pierwszy raz pokazaliśmy go na Big Book Festival w Warszawie. Siedzę w pustym pokoju, przede mną stoi wolne krzesło czekające na widza. Na stoliku leżą wiersze Zuzanny Ginczanki, wybrane wspólnie z Tomkiem Cyzem. Ludzie wchodzą pojedynczo. Oni siadają, ja patrzę im w oczy i, zdając się na swoją intuicję, wybieram odpowiedni dla nich wiersz, którego potrzebują – niosący im pomoc albo po prostu dający rozrywkę. Chodzi o to, żeby wydobyć moc słowa.

Jak reagowali widzowie?

Bardzo nas zaskoczyła siła tego projektu. Ludzie albo płakali, albo śmiali się. Czasami mówili, że potrzebowali właśnie takiego poruszenia, że ten wiersz jest o nich. Rzeczywiście, ta poezja po prostu ma moc. To wiersze z okresu dorastania, ale także dramatyczne wiersze powstałe pod koniec życia poetki. Dla mnie to jest świetna szkoła techniki. Przychodzi do mnie człowiek i nie mogę go znudzić. Muszę go zainteresować, wzruszyć, rozbawić. Zdarza się, że przychodzą dyrektorzy teatrów, krytycy teatralni, ale większość to ludzie spoza teatralnego świata. Wiersze, które im czytam, są odpowiedzią na energię, którą przynoszą.

A może wiersze Ginczanki mówią same za siebie i nie ma znaczenia, kto siedzi na tym drugim krześle?

Tak. To jest spotkanie, takie najbardziej pierwotne. Każdy lubił, kiedy rodzice czytali tylko dla niego i ja właśnie spotykam się tu z ludźmi, którzy wracają do tego wspomnienia. Kiedy przychodzi jakiś pewny siebie facet, a ja słowami piętnastoletniej poetki sprzed siedemdziesięciu lat mówię: „Spotkałam Cię na ulicy i się zakochałam”, to on jest nagle zawstydzony i po chwili robi się inny.

Nad jakimi projektami teraz pracujesz?

Przez ostatni miesiąc przygotowywałam się do koncertów, które grałam w Krakowie i w Katowicach. Przed Szkołą Teatralną byłam w Akademii Muzycznej, grałam na fortepianie. Staram się nie tracić muzyki z palców, wracać do fortepianu, który od zawsze jest dla mnie ważny. Tak sobie zaplanowałam, żeby raz w roku zrobić coś, co mnie rozwinie muzycznie.

Czyli nie tylko teatr i film, ale też muzyka…

Chciałabym łączyć te namiętności. Ostatnio brałam udział w koncertach w ramach Dni Tranströmerowskich w Krakowie. Koncerty miał polegać na odtworzeniu ceremonii przyznania Nagrody Nobla Tomasowi Tranströmerowi. Razem z Jerzym Trelą czytaliśmy jego wiersze, ja grałam Bacha i Liszta, improwizowałam też z Mikołajem Trzaską, który grał na saksofonie i oboju. Ten projekt zmusił mnie do półtoramiesięcznej powolnej pracy w domu przy fortepianie. W marcu skończyłam zdjęcia do filmu w reżyserii Piotra Domalewskiego pod tytułem Cicha noc. Główną rolę grał Dawid Ogrodnik, ja grałam jego siostrę. Spotkałam się na planie z Arkiem Jakubikiem, Tomkiem Schuchardtem, Agnieszką Suchorą, Jowitą Budnik. To były ciężkie nocne zdjęcia. Od października zeszłego roku pracuję na planie nowego serialu, który będzie miał premierę jesienią, pod roboczym tytułem Recepta na miłość z Mateuszem Damięckim, Piotrem Fronczewskim i Piotrem Polkiem. W wakacje wchodzę na plan filmu fabularnego, którego tytułu jeszcze nie mogę zdradzić.

Można powiedzieć, że to wymarzony początek kariery: teatr, film, serial i muzyka…

Jak się coś ma, to się zawsze chce czegoś innego. Pracując na planie filmowym, mam ochotę na teatr. Mam wrażenie, że teatr jest przedłużeniem szkoły, przedłużeniem jakiegoś  treningu. Czuję, że go bardzo potrzebuję. Nie chcę tylko zrywu, chciałabym być w procesie. Oczywiście film to też jest proces. I ten film, który będę robiła w wakacje, będzie wymagał ode mnie wcześniejszego przygotowania. Ale teatr jest jednak pracą warsztatową, o której marzę. Mam ochotę wrócić do teatru i mam nadzieję, że to się wydarzy w przyszłym sezonie.