OPUBLIKOWANO: 2017-05-12 przez 35. FST
w kategorii: News

Spek-talk

O przedstawieniu „Pelikan. Zabawa z ogniem” Augusta Strindberga w reżyserii Jana Englerta w wykonaniu studentów Akademii Teatralnej w Warszawie rozmawiają: Joanna Królikowska i Mateusz Bugalski

Mateusz: Przedstawienie, które bazowało na słowie i geście aktora. Inaczej niż na jednym ze spektakli dzień wcześniej, tu zewsząd nie tryskały niezidentyfikowane płyny, nie oślepiało nas natrętne oświetlenie, a scenografia nie przepoczwarza się w co raz to nowe wersje siebie. Siłą był dialog, który stał się katalizatorem kolejnych histerycznych sporów.

Joanna: Niektórzy mogą twierdzić, że spektakl, w którym dominuje słowo, jest nudny. Ja się nie nudziłam. Wsłuchiwałam się w to, co mówią bohaterowie, jak odkrywają swoje wnętrze, interesowało mnie, co czują, jakie są między nimi relacje.

Mateusz: Koniec końców na początku było słowo… Akademia Teatralna pokazała przedstawienie o prostej i linearnej budowie. Same historie bohaterów – zdrada, podstęp, miłość, czy też jej brak – nie są dla nas czymś nowym, jednak tu, w Pelikanie, wciąż intrygują i zachęcają do obserwacji. I może nawet trochę do poznania siebie samych?

Joanna: Może właśnie po to zestawiono ze sobą dwie rodzinne historie: by widz łatwiej mógł się w którejś z nich odnaleźć, by do którejś z nich było mu bliżej. Zawsze można postawić sobie pytanie: jak ja zachowałbym/zachowałabym się na miejscu tych bohaterów? I dlatego oglądamy zmagania postaci obu opowieści z uwagą: te historie mogłyby się dziać tuż za ścianą. Kto wie, czy takie rodziny nie mieszkają obok nas?

Mateusz: W pierwszej opowieści, pozbawiona dobrej woli, momentami diaboliczna Matka, Eliza (znakomita Ewa Prus) stara się sprawować pełną kontrolę nad swoimi dziećmi, nad tym, co jedzą, nad rozdzielaniem drewna na opał, nad budżetem domowym… A na dodatek uwodzi także zięcia. Ciężar zła, które na siebie wzięła zaczyna ją jednak przygniatać.

Joanna: Czy rzeczywiście ciężar zła, czy może fakt, że jej sytuacja nagle się odwróciła? Zgadzam się, że świetną rolę zagrała tu Ewa Prus. Nie była tu jedynie despotyczną matką, ale pełną erotyzmu kobietą, początkowo silną i twardą, a na końcu – złamaną. Mówi się, że dobro wraca do człowieka ze zdwojoną siłą, w jej przypadku powróciło wzmożone zło.

Mateusz: Tuż po jej samobójstwie nastąpiło chwilowe oczyszczenie, jakby usunięto bolesny wrzód. Tuż po tym jej dzieci – Fryderyk (Kamil Studnicki) oraz Gerda (Michalina Łabacz) – planują wszystko od nowa, rehabilitują swojego ojca i mają nadzieję doświadczyć miłości oraz szczęścia, których tak brakowało w ich rodzinnym domu.

Joanna: A mimo wszystko nie ma pewności, czy ta historia dobrze się skończy. Może rozniecony przez Fryderyka ogień pochłonął nie tylko matkę, ale także dzieci? Podobne wrażenie, o niejednoznacznym zakończeniu historii, odniosłam w drugiej części spektaklu. Po wszystkich perypetiach bohaterowie zasiadają do wspólnego śniadania, ale sielanka jest przecież pozorna.

Mateusz: Druga opowieść jest o miłości, jaka wytworzyła się między zamężną kobietą (Lidia Pronobis) a przyjacielem domu (Hubert Paszkiewicz). Rzecz dzieje się prawie jawnie, na oczach całej rodziny, która niczego nie dostrzega, albo tylko udaje, że nie widzi. Kiedy mąż (Bartosz Mikulak) dowiaduje się o sprawie jest w stanie odejść z honorem, a momentami można odnieść wrażenie, że aprobuje związek swojej żony z kochankiem, czerpiąc z tego jakąś masochistyczną przyjemność.

Joanna: Sam przecież nie jest święty, bo romansuje ze swoją kuzynką Adelą (Joanna Balas). I dotąd to żona przymykała oczy na jego zachowanie. Ale opowiadam o tym, jakby chodziło o komedię małżeńską… Tymczasem losy postaci naznaczone są tragizmem. Żaden z tych związków nie ma szans na powodzenie. Pewne jest, że w tym przypadku niespełniona miłość niesie spustoszenie.

Mateusz: Miłość jest tutaj tytułowym ogniem, z którym zabawa może się skończyć tragicznie. Jak powiedział Ojciec (Filip Krupa): „Najbardziej bój się tych, których kochasz”. Ofiarowanie komuś części siebie przez tak silne uczucie jest ruchem „all in”: nie każdy jest w stanie podnieść się potem z tego emocjonalnego bankructwa.

Joanna: Pytanie, czy ktokolwiek jest w stanie naprawdę się z niego podnieść.