OPUBLIKOWANO: 2017-05-13 przez 35. FST
w kategorii: News

Spek-talk

O przedstawieniu „Poczekalnia sześć-dwa-zero” Marty Guśniowskiej w reżyserii Marka Fiedora w wykonaniu studentów PWST Wrocław rozmawiają: Katarzyna Mańko i Mateusz Bugalski

Mateusz: Wrocławscy studenci zaserwowali nam dużo dobrego humoru. Znakomity pokaz komediowego aktorstwa. Skąpa scenografia, lecz bogaty dowcip. Znów liczyło się słowo i indywidualne umiejętności aktorów.

Katarzyna: Pomysł na umieszczenie bohaterów w tytułowej poczekalni był bardzo ciekawy. Niby absurdalny, ale przecież bliski naszemu życiu. Ileż to czasu spędzamy każdego dnia czekając na coś lub na kogoś? Absurd i gry słowne na początku bawią i wciągają, ale im dalej w las, tym czułam się bardziej znudzona. Moim zdaniem było trochę za dużo absurdu w absurdzie. Zabrakło trochę pomysłu na wystawienie dramatu Guśniowskiej i akcja zamiast porywać, stawała się ciężarem nie do dźwignięcia.

Mateusz: Chyba ten spektakl jako jeden z niewielu na tym festiwalu miał po prostu rozbawić. Bez przesadnych dwuznaczności i metafor. Wiadomym jest, że w spektaklach dyplomowych chodzi o to, by każdy z występujących studentów miał okazję do zaprezentowania różnych umiejętności. Ta chęć by wynagrodzić każdego studenta odpowiednią ilością minut do autoprezentacji odbywa się często kosztem spektaklu. Tutaj tak właśnie było.

Katarzyna: Szczerze mówiąc rozbawili mnie w dwóch, może w trzech momentach. Podobno najtrudniej jest kogoś rozśmieszyć. Trzeba wtedy wszystko przemyśleć i sprawdzić. Widziałam kilka spektakli, które miały tryskać humorem i faktycznie wyszłam z nich rozbawiona. Po tym spektaklu bliżej było mi do snu niż do śmiechu. Natomiast, racja aktorzy mogli się rozegrać i każdy miał swoje większe lub mniejsze show, ale pytanie po co się to robi? Pierwsza scena jest mocna, widz zostaje od razu wciągnięty w akcję. W wyniku takiej zaczepki idzie w ślad za aktorem by dowiedzieć się czegoś więcej i… dostaje to, co już doskonale wie, w czym tkwi i co zna. Setny żart z cyklu „Przychodzi baba do lekarza” zaczyna być nudny. Tak samo tu. Po kilku scenach jesteśmy w stanie przewidzieć kolejne pointy.

Mateusz: Zgadzam się, że w pewnych momentach żart zbliżał się powoli do nocy kabaretów w Opolu, natomiast wykonanie, a również sposób, w jaki zostało to odegrane, wynagradza nam wiele.

Katarzyna: No to powiem szczerze, że chyba nie oglądasz dobrych kabaretów, bo ja na takich „nocach” uśmiałam się niejednokrotnie bardziej niż dziś na Poczekalni

Mateusz: Przemilczę ocenę polskich kabaretów. Co do spektaklu, to zauważyłem również, że w tych ciągłych zabiegach aktorów by wywołać uśmiech na twarzy widza, można ujrzeć też to, o czymś już po trosze w wspomniałaś. Nasz stracony czas w poczekalniach, wydawałoby się, że stracony na bezsensownych rozmowach o błahostkach. A może jednak nie ten czas nie jest stracony – mimo wszystko rozmawiamy, jesteśmy ze sobą, wysłuchujemy się, żyjemy.

Katarzyna: Z jednej strony tak, ale ciągłe oczekiwania na coś powoduje, że zamiast się rozwijać i zmieniać naszą rzeczywistość stoimy w miejscu. Czekamy aż coś „spadnie nam z nieba”, aż coś się wydarzy i nasze życie cudownie odmieni się samo.

Mateusz: Ale w tym czekaniu rozmawiamy przecież z drugim człowiekiem, więc jak może to być stracony czas?

Katarzyna: Na swojej drodze spotykamy różnych ludzi i każdy oczekuje czegoś innego wplątując się w coraz to większy absurd. Oczywiście, że rozmawiamy, ale czy ta rozmowa nie jest rozmową dwójki egoistów?

Mateusz: Jeden oddaje głos drugiemu, by wysłuchać historii, by poznać jego dole. To jest dokładnie taka sama potrzeba jak czytanie książek lub oglądanie filmów. Chodzi o opowieść.

Katarzyna: Jasne, każda zasłyszana historia w tej naszej ziemskiej poczekalni czegoś nas uczy. Jednak czy nie po to ich słuchamy, by wystrzegać się tych samych błędów w przyszłości?

Mateusz: Jest to pewnie właściwe działanie, ale jeśli nie uda się go zrealizować, pozostaje tylko satysfakcja z zasłyszanej „bajki’”.