OPUBLIKOWANO: 2018-05-20 przez 35. FST
w kategorii: News

Teatr współczesny postdramatyczny dżender invitro krytyczny

Odys wracaj do domu, Marcin Bartnikowski, reż. Marcin Bikowski, AT Warszawa: Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku

 

Odys wraca do domu, pod siódemkę, oblepiony ropą z Afganistanu. Wraca, bo tak trzeba, innego wyjścia nie ma. Przy mieszkaniu czekają na niego wyrzuty, frustracja, kpina i żal, na początku w formie przepychanek pod blokowiskiem. Towarzyszą temu czarne dresy, kolorowe kominiarki (niektóre parodiujące antyczne hełmy greckie) i płynność ról, którymi postacie się wymieniają. Wszyscy pytamy o to samo – co się dzieje? My mamy na myśli scenę, aktorzy Polskę. Ku mojemu zaskoczeniu, taki początek absorbuje, w dużej mierze za sprawą rewelacyjnie dobranej, prawie hipnotycznej muzyki, która zresztą także niepokoi. Zapowiada się bowiem na przekrzyczany kolaż. Wtedy Daniel Skrzypczak woła – „Wojtek, weź to wyłącz!” i okazuje się, że aktorzy wcale nie zabłądzili. Robią sobie za to przerwę na polską wódeczkę i rozmowy.

Łatwo jest mówić jak było i jak będzie, najtrudniej o tym, jak jest. Marcin Bikowski w swoim spektaklu wykonuje karkołomny skok na frustracje dzisiejszego Polaka. Polityka, religia, rasizm, emigracja – niczego tu nie zabraknie. Jak zespół obronił się przed tym, żeby nie wyszedł z tego krzyk dla samego hałasu albo jęki dla uwagi? Prosto. Mówią szczerze i z dystansem, podejmując w ten sposób z widzem ciekawą grę. Momentami wszyscy razem śmiejemy się z siebie.  Niekiedy z wyrzutami sumienia, gorzko. To nasza wersja polskiej umiejętności jednoczenia się w bólu. A co boli? Absurd rzeczywistości.

Małgorzata Nowacka łzawo walczy z presją społeczeństwa, Olga Nawrocka czuje się na scenie jak w domu, Emil Lipski, po wymagających, emocjonalnych kwestiach, rozsiadł się na krześle obok widzów i nie wstaje. Odys, wracaj do domu mówi o tym, o czym wszyscy doskonale już wiemy. Nie otwiera nam oczu, przecież widzimy, jak jest. To, co widza porywa, to aktorzy – ich bezgraniczna autentyczność. Ze sceny wylewa się pasja i potrzeba. Chcą powiedzieć, co ich wkurwia – słowo to padać będzie wielokrotnie, bo jak nam tłumaczą z ironią, wkurwienie jest niemal nieustanne. Jednak wszystkie te frustracje zostały poddane bardzo zręcznej obróbce. To nie jest młodociany bunt, a świadoma krytyka. Aktorzy plączą teksty, konteksty oraz kłęby nici i chyba tylko to ostatnie wypadło trochę nieprzekonująco. Momentami ciężko było odnaleźć się w znaczeniu relacji, jakie nawiązywali z abstrakcyjnymi rekwizytami.

Przydałaby się większa przestrzeń. Agata Skwarczyńska proponuje nam ścianę ze strzępków najróżniejszych materiałów otoczoną czernią, a do tego górę włóczki, która przypomina trochę starą sieć rybacką. Na pierwszy rzut oka nie za bardzo to przekonuje, ostatecznie wypada jednak dobrze, chociaż czuć, że tej scenografii w AIOA trochę brakowało miejsca. Przede wszystkim jednak chodzi o to, że aktorzy swoją energią prawie roznieśli salę. Chciałabym ich zobaczyć ponownie, w jakimś nowym wydaniu.

 

Miła Popowska

 

Najlepsza rola spektaklu: Daniel Skrzypczak